Category Archives: JESTEM Z SOPOTU

NA MNIE CZAS. #1 DZIECIŃSTWO.

MARZENIA.

„Ludzie, którzy śnią na jawie, są świadomi wielu rzeczy, które umykają tym, którzy śnią tylko w nocy.”

Te słowa Edgara Allana Poe bardzo celnie opisują moje dzieciństwo. Od momentu, który pamiętam byłam jednym wielkim kłębkiem…marzeń. Moje życie rodzinne w dzieciństwie, nie było ani proste, ani doskonałe. Więc co postanowiłam? Postanowiłam sobie je „wymarzyć”. Kiedy nadchodziły trudniejsze, gorsze dni zamiast zamartwiać się do granic możliwości marzyłam sobie o dobrym spokojnym czasie i wyobrażałam sobie starszą już troszkę Ewunię w zupełnie innych okolicznościach. Zawsze szczęśliwą, zawsze bezpieczną. Marzyłam o tym kim będę, marzyłam o życiu, za które będę sama odpowiadać i sama o nim decydować. Jak bardzo mi to pomagało. To było jak lekarstwo. Nikt mi takiej postawy nie podpowiedział, nigdzie o tym nie słyszałam. Moja intuicja i poszukująca szczęścia duszyczka, tak postanowiła sobie radzić z trudnościami mego dziecięcego losu. A pewne cechy zdecydowanej walki o swoją przyszłość przejawiałam już wtedy. Widzicie tę wyprostowaną, małą blondyneczkę ze spineczką we włosach ? Widzicie, że 5 letnia Ewunia jest już gotowa na podbój świata?

Zawsze w pierwszym rządzie, zawsze przewodnicząca, gospodyni klasy, potem na studiach starościna i tak mi już zostało. Nikt nie nie wiedział, z jak trudnym życiem się mierzę. Brakiem poczucia bezpieczeństwa i lękiem o każdy kolejny dzień. Bo ja, od małego stawiałam tym trudnościom czoło. Czarowałam swoją rzeczywistość. Marzeniami, ale i ciężką pracą. Nawet dziś, kiedy nie jest mi łatwo, „zaklinam rzeczywistość” marzeniami, ciężką pracą i zawsze pozytywnym myśleniem.

MAM 4 LATA I CZYTAM.

W wieku 4 lat nauczyłam się czytać i pisać. Szczególnie fascynujące było dla mnie czytanie. Poznawanie świata zapisanego na kartach pachnących książek, było dla mnie ogromnym odkryciem. Pochłonęłam wszystkie wierszyki Juliana Tuwima, Jana Brzechwy, Marii Konopnickiej. Kolejno rozczytywałam się w Baśniach Andersena. Wszystkie je mam do dziś, wraz z jedną małą uroczą książeczką z 1974 roku autorstwa Zenta Ergle w przekładzie Czesława Szklennika ” o tytule „Ewunia w Afryce”. Już na pierwszej stronie czytamy:

„Ewunia – to była Ewunia, czasem duża, czasem maleńka. Nie można być jednocześnie i dużą i maleńką, powiecie. Owszem można.”

Ta urocza blondyneczka z okładki, już wtedy przekonała mnie, że istnieje ciekawe życie, pełne nieodkrytych obszarów i pewnego dnia i ja je poznam. Postanowiłam, że muszę po nie sięgnąć. Jak ? Będę ciężko na to pracowała, uczyła się, poznawała świat – ale zawsze na 100%. I tak zostało do dziś. Dodatkowo dziś potrafię to nazwać, i powtórzę za Robinem Sharmą:

„Niezwykłe życie polega na codziennym i nieprzerwanym udoskonalaniu tych obszarów, na których nam najbardziej zależy.”

Gdzieś w podświadomości wiedziałam o tym chyba od zawsze. Uczyłam i uczę się nieprzerwanie do dziś. Jestem bardzo ciekawa świata i nowych doświadczeń. Czerpię z tego poznawania ogromną radość. Jestem jednocześnie duża i maleńka. Ale zawsze byłam odważna. Uwielbiałam występować, wcielać się w przeróżne postaci, deklamować i improwizować.

ROZPOCZYNAM NAUKĘ.

Uczęszczałam do Przedszkola nr  8 przy ul. Jana z Kolna 3 w Sopocie. Kolejno, nauki pobierałam w pobliskiej Szkole Podstawowej nr 8 im. Jana Matejki, przy ul. Józefa Golca. Jest to szkoła stowarzyszona UNESCO, do którego została przyjęta w 1973 roku. Dziś w tym wspaniałym programie uczestniczy prawie 9600 instytucji oświatowych z 180 krajów. Kolejne 4 lata spędziłam nieco bliżej linii brzegowej, w I LO im. Marii Skłodowskiej-Curie, przy ulicy Książąt Pomorskich 16-18 również w Sopocie.

Długo nie wiedziałam, co to jest trema. Kiedy w wieku 7 lat poszłam na egzamin do szkoły muzycznej w Sopocie, siedząc w korytarzu w oczekiwaniu na swoją kolej, nie mogłam pojąć, co dzieje się z innymi dziećmi. Płaczące, nie mogące znaleźć sobie miejsca, szarpiące mamę za rękaw. Byłam zdziwiona, bo przepełniał mnie spokój. Mam to do dziś. W najważniejszych momentach koncentracja i skupienie są moimi sprzymierzeńcami. Trema schodzi na dalszy plan. Zawsze myślę, że to co ma się zdarzyć będzie mi sprzyjało, że ludzie którzy będą mnie oceniali, będą mi przychylni. Takie pozytywne myślenie zawsze bardzo pomaga. No i zawsze staram się być przygotowana na 100 %. Czasem na 101, dodając coś od siebie, podnosząc wartość mojego wystąpienia. Do szkoły muzycznej zdałam i się dostałam.

Od 7 roku życia należałam też do harcerstwa. Przez wiele lat trenowałam biegi płotkarskie w Sopockim Klubie Lekkoatletycznym. Właśnie w tych 2 środowiskach: sportowym i harcerskim, ukształtowały się moje pierwsze dziewczęce cechy i postawy, które stały się dodatkowym fundamentem mojego dalszego rozwoju. 

WYKORZYSTUJĘ SZANSĘ.

Ukończyłam I Liceum Ogólnokształcące im. Marii Skłodowskiej-Curie w Sopocie. Otrzymawszy nagrodę i wyróżnienie ówczesnego Prezydenta Miasta Sopotu Jana Kozłowskiego, wybrałam na dalszą swoją drogę naukową Politechnikę Gdańską. Studiowałam ekonomię i zarządzanie. Potem równolegle marketing i pedagogikę przygotowując się do pozostania na uczelni. Dziś dokładam do tego blisko 20-letnie doświadczenie w zarządzaniu przedsiębiorstwami i zespołami. Dodatkowo realizują swoje projekty fotograficzne i medialne. Nieprzerwanie uczę się i podnoszę kwalifikacje. Da się ? Da się, i to jak!!!

„Ewa to wyjątkowo zdolna ekonomistka, doskonałe połączenie analitycznego umysłu i niezwykle kreatywny marketingowiec. Jest jedną z najbardziej energetycznych i ambitnych osób, które spotkałam na tej uczelni. Dodatkowo, ma wspaniałą, artystyczną duszę. Jestem pewna, że uda się jej zrobić imponującą karierę i osiągnie w życiu zawodowym wszystko, o czym tylko zamarzy”

Tak żegnała się ze mną dr. Helena Gulda, kiedy po ukończeniu 3 fakultetów zdecydowałam się opuścić Politechnikę Gdańską i nie kontynuować swojej naukowej kariery. Nigdy nie zapominałam tych słów i zawsze wracam do nich ze łzami w oczach. Dr Helena Gulda była wspaniałym socjologiem, twórcą szeregu studiów podyplomowych oraz studium pedagogicznego dla studentów. To wieloletni wykładowca PG oraz promotorka moich obu prac naukowych. Nie zostałam na uczelni. Świat ekonomii, zarządzania i marketingu mnie wzywał !

BIORĘ ŻYCIE W SWOJE RĘCE.

Osobiście uważam, że w Polsce na wysokich stanowiskach i w kadrze zarządzającej jest nas kobiet, nadal o wiele za mało, choć często jesteśmy dużo lepszymi taktykami i doskonałymi specjalistkami w swoich branżach. Kiedy byłam bardzo młoda, nie byłam pewna, czy kobieta ma możliwości połączenia nauki, ambitnej pracy, rodziny, pasji i sztuki. Postanowiłam to sprawdzić już w wieku 14 lat. Podjęłam się pierwszych dorywczych prac i dziś wiem, że nie ma rzeczy niemożliwych. Życie nigdy mnie nie rozpieszczało, a ja postanowiłam się mu nigdy nie poddać !

Badania pokazują, iż 98 % dzieci w wieku 5 lat jest niezwykle kreatywnych, a tylko 2 % 45-latków kontynuuje to entuzjastyczne i kreatywne podejście do życia. Szkoda. To znaczy, że ponad 90 % z nas nigdy nie będzie żyła tak, jak tego w głębi serca pragnie. Dlaczego ?

Według mnie dlatego, że nie jesteśmy wystarczająco konsekwentni, choć czasem mamy silną motywację. Nie osiągamy naszych celów i nie realizujemy planów, bo często poświęcamy zbyt dużo czasu na na rozmyślanie o tym, co powinniśmy w życiu zrobić. Poddajemy się lękom i wątpliwością i w efekcie, nic nie robimy.

Ja, z pewnością jestem w grupie 2 % szalonych, pozytywnie zakręconych, kreatywnych ludzików. Nieustannie mam głowę pełną pomysłów. Odkrywanie nowych obszarów życia, doskonalenie się i umiejętności na 100 %, w zaprzeczeniu do wszech panującej dziś powierzchowności, w pełni oddają moje podejście do osiągania „niezwykłego życia”. Bo dla mnie, jest ono podróżą, z milionem doświadczeń, z których zawsze wynoszę lekcje na kolejne wyzwania.

Tak jak „Ewunia w Afryce”!

Podobno w dzieciństwie najtrudniejsze jest pierwsze 50 lat, a potem to już z górki. Tego się trzymam! I zgodnie ze słowami Henry Forda, niezależnie od tego, czy mam 5, czy 45 lat, nie przestaję się uczyć, bo ucząc się, przedłużam swoją młodość i dzieciństwo. Dziś mam 100% wpływ na to, jak ono wygląda.

(…) ” Ten kto się uczy stale, wciąż jest młody. Najważniejsza rzecz w życiu to utrzymać umysł młodym.”

Tego sobie i Wam z całego serca życzę na te dalsze lata naszego dzieciństwa, czy tam dorosłego życia! To już jak tam chcecie…

SOPOCKIE WERANDY

Zoppot – Ostseebad – uzdrowisko nad Morzem Bałtyckim.

Miasto bardzo ciężko pracowało na zdobycie tego tytułu. Jego najstarsza zabudowa zaliczana była głównie do kategorii letniskowej. Domy mieszkańców Sopotu z tego czasu były niewielkimi, drewniano – murowanymi budynkami, zwykle o prostych, prostokątnych kształtach.

JAK SOPOT STAŁ SIĘ KURORTEM

Druga połowa XIX wieku to czas, kiedy Sopot zaczął zdobywać coraz bardziej ugruntowaną pozycję uzdrowiska oraz wprowadzone zostały istotne zmiany w jego architekturze. To czas, kiedy dzięki działaniom dr Jeana Georgesa Haffnera powstawały w Sopocie kolejne obiekty kąpielowe i rekreacyjne skupione wokół dzisiejszego Skweru Kuracyjnego. Moda na kąpiele i zabiegi lecznicze zataczała coraz szersze kręgi, więc kuracjuszy było coraz więcej. W ciągu kilku lat Sopot przekształcił się z niewielkiej wioski rybackiej w znane uzdrowisko. Niedługo po tym, Sopot zaczął konkurować z renomowanymi europejskimi kurortami, które wznoszono na na przełomie XIX i XX wieku w bardzo modnym stylu alpejskim, który charakteryzował się między innymi drewnianymi przybudówkami o konstrukcji ryglowej zwanymi WERANDAMI.

WERANDY

W tamtym czasie, w Sopocie powstało ich około 300. Werandy sytuowano na elewacjach budynków symetrycznie, często po kilka. Również na piętrach w formie wykuszy. Niekiedy nawet na całym obwodzie budynku, podobnie jak w alpejskich (głównie szwajcarskich) rezydencjach letniskowych.

Pełniły funkcję salonów, gdzie odbywały się spotkania, prowadzono życie towarzyskie, spożywano posiłki i odpoczywano. Latem, były to zwykle pomieszczenia otwarte. W porach zimniejszych, wietrznych i deszczowych na uchwyty, czy zawiasy zakładano okna.

Werandy były bogato zdobione ornamentami wycinanymi w drewnie. W ażurowej oprawie okien, które niczym firanki osłaniały naświetla dominowały zwykle symetryczne motywy geometryczne i roślinne. Czasem pojawiały się ptaki, czy smoki. Pod oknami montowano płyty z dekorowanymi deskami, które imitowały balustrady z tralkami.

DZISIEJSZY UROK

Dziś, spacerując po Sopocie, możemy nadal zachwycać się wspaniałymi werandach. Po 1989 roku miejski konserwator zabytków zlecił inwentaryzację i od 2005 roku rozpoczęto remonty szczególnie reprezentatywnych werand. Zapierają dech swym wyglądem, motywami zdobnymi i ornamentami.

FOTOGRAFUJĘ WERANDY

Kiedy kończy się lato, i gwarny Sopot się wycisza, ruszam na wielogodzinne wędrówki po mieście. Szwendam się po najpiękniejszych zakamarkach w poszukiwaniu tych architektonicznych perełek.

Fotografuję werandy regularnie i systematycznie powiększam swoją „werandową galerię:

=>TU OBEJRZYSZ MOJĄ GALERIĘ WERAND<=

A KTO JUŻ NIE MOŻE, NIECH PĘDZI NAD MORZE…

 
Potrzebujecie relaksu i odprężenia ?
Czujecie zmęczenie latem? A może wakacjami? Może trzeba Wam przewentylowania części „Waszych układów”?
Tak, to też jest możliwe. Czuć zmęczenie po wakacjach. Ruszamy w nieznane, nie zawsze komfortowe, nie zawsze spełniające nasze oczekiwania. Przenosimy się z uporządkowanej, oswojonej codzienności w kompletnie nowe otoczenie.
Nie wszystkim daje to ukojenie…
Mam dla Was teraz radę: pędźcie pilnie nad morze !!!
 
Morze, plaża po sezonie i czyste powietrze to moi najlepsi terapeuci życia. Dni coraz krótsze, więc polecam Wam pilnie „iść w stronę słońca”!
Pamiętacie jak w zeszłym roku we wrześniu wszyscy się zachwycali cudownym, przedłużonym latem?
Było ciepło, było słonecznie, dookoła było zielono i kolorowo w ogrodach.
Tylko w prognozach pogody pojawiały się „pogróżki”. To już koniec lata, to już z pewnością ostatnie ciepłe dni, ostatni ciepły tydzień…
Straszyli non stop, a słoneczko robiło sobie co chciało,
czyli świeciło z całych sił. 
Moje wrześniowe powietrze pachniało latem i obficie kwitnącymi w tamtym roku różami, lawendą i szałwią.
 Ciekawe z czym Wam kojarzy się zapach tegorocznego,
i równie wyjątkowego lata? Była taka masa gorących i bardzo eterycznych dni.
U mnie w tym roku powtórka..róże, lawenda i szałwia. 
 
Mało kto wierzył, że i październik, i listopad będą chciały z całych sił upodobnić się do września.
Z tak wielką ekscytacją czekam na tegoroczną jesień. Łapię słoneczne, letnie chwile, ale o jesieni już marzę i skrupulatnie ją planuję. 
 
W zeszłym roku we wrześniu regenerowałam się po ważnej operacji, ale już w październiku zatęskniłam za morzem..
Marzyło mi się bardzo, żeby pomoczyć jeszcze stopy w Bałtyku. I tak się stało, i tak się udało.
W drugiej połowie miesiąca udało się zorganizować weekend w dniami, które ja nazywam „pełnią szczęścia”.
Nie ważne która godzina, nieważne dokąd chcemy dotrzeć …
Obieramy kierunek Białogóra i wędrujemy brzegiem plaży w kierunku Stilo tyle, ile tylko mamy sił w nogach.
Zawsze są to kilkugodzinne spacery. I tak też było tym razem.
Co było wyjątkowego?
Wyjątkowa była letnia aura tego dnia.
Ponad 20 stopni, nogi wędrowały zamoczone w słonej, ciepłej wodzie.
 

Ale morze to potężna dusza, nieustannie skarżąca się na jakąś wielką, nie dającą się utulić boleść, zamkniętą w nim po wsze czasy. Nigdy nie będziemy w stanie zgłębić tej nieskończonej tajemnicy, możemy tylko wędrować z uczuciem głębokiej czci i oczarowania po jej wąskim skraju. (…) morze zna tylko jeden głos, potężny, urzekający naszą duszę swą wspaniałą harmonią (…) morze zdaje się mieć w sobie coś z potęgi niebios.

Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

 
Czy też dla Was też takie długie, całodniowe, nadmorskie spacery są lekiem „na całe zło tego trudnego świata” i najwspanialszym ukojeniem zmysłów? Jestem ogromną optymistką ale i mnie czasem dopada trudniejszy czas.
I wtedy potrzebuję spacerów. Na nich najlepiej regeneruję siły i dopadające mnie zmęczenie pospiesznym, codziennym życiem.
Co bardzo pomaga jesienią, to prawie całkowita pustka na plażach. Posezonowe „wyludnienie” jest cudownym kontrastem do moich „tłocznych dni”, pędzących z prędkością światła. 
Posezonowe „wyludnienie” jest też dla mnie wytchnieniem w Sopocie.
Tu się wychowywałam, tu dorastałam, tu również dziś jest mój drugi dom. 
Sopot dla wszystkich mieszkańców jest jednocześnie domem,
ale zwykle myśli się o nim potocznie – letni kurort,
fajna miejscówka na wakacje, imprezę w weekend.
A dla mnie, dopiero kiedy kończy się letni, turystyczny czas, posezonowe miesiące oddają najlepiej piękno tego miejsca i całej zatoki gdańskiej. Uwielbiam się szwendać po magicznych uliczkach Sopotu i delektować się pięknem jego architektury. Są tu takie perełki, że aż dech zapiera.
.KOCHAM TU BYĆ.
Również tej jesieni rozpoczynam wspaniały sopocki, blogowy projekt. Tworzę nową, interesującą miejscówkę w sieci.
Mam nadzieję, że będziecie ze mną również tam.   
 
Bardzo doceniam uroki wybrzeża w jego najbardziej naturalnej i opustoszałej odsłonie. Plaża cicha, pusta, czysta, jasna i tak bezkreśnie długa…Bo dla mnie dopiero wtedy plaża jest najpiękniejsza. I dopiero w tej pustce można wszystko dostrzec, i można się tym ukoić. Odwiedziłam już tak wiele słynnych i mniej słynnych plaż na naszym globie. I wiecie co Wam powiem?
Dla mnie, bezdyskusyjnie nasza polska jest najpiękniejsza. 
 
To już teraz wiecie, że kocham nasze wybrzeże najbardziej. 
Właśnie za te długaśne, nieśpieszne spacery po drobnym
i czyściutkim piasku. Już rozmyślam o kolejnych tegorocznych, jesiennych spacerach.
Kocham również te zimowe. W bardzo chłodne dni, dla wspaniałego marszu po plaży wystarczy tylko słońce. Zaplanujcie tej jesieni coś dla siebie. Koniecznie nad morzem. 

„Słońce wschodzi na horyzoncie, słońce ogrzewa nasze twarze, słońce ogrzewa nasze plecy, słońce chyli się ku zachodowi. Tyle mógłby trwać nasz spacer…” 

KONCERT WIEDEŃSKI W SOPOCIE

Od lat w moim domu, zawsze w Nowy Rok, zawsze w ten wyjątkowy i szczególny dzień z głośników telewizora dobiegała przepiękna muzyka poważna – to znak że trwał koncertu wiedeński. Dla mnie jedyny i wyjątkowy. Mam nadzieję, kultywować tę tradycję w kolejnych latach.
Kiedy w tym roku oglądałam go, przepełniała mnie wyjątkowa radość, ponieważ wiedziałam, że już za kilka dni, będę mogła uczestniczyć na żywo w jeszcze jednym wspaniałym muzycznym wydarzeniu. I tak się stało!
10 stycznia 2019 o godz. 18.00 Polska Filharmonia Kameralna Sopot wraz z wybitnym, niemieckim pianistą młodego pokolenia Alexandrem Krichelem i jego wspaniałym koncertem fortepianowym zagrali wyjątkowy i niezapomniany koncert.
 
 
Alexander Krichel to artysta współpracujacy z SONY Classic, laureat prestiżowego tytułu “Newcomer of the Year” ECHO Klassik. Polskiej publiczności artysta jest znany miedzy innymi z płyty „Chopin Hummel Mozart”, wydanej przez SONY Classic, na której występuje właśnie z Polską Filharmonią Kameralną Sopot.
Koncert odbył się w Sali Koncertowej PFK Sopot i poprzedzał bezpośrednio koncert sopockich filharmoników zaplanowany na 12 stycznia w słynnej Grosse Saal zwanej Złotą Salą Musikverein w Wiedniu, w Austrii. To miejsce doskonale znane ze słynnych, transmitowanych na cały świat przez telewizję  koncertów noworocznych wiedeńskich filharmoników.
Koncert sopockich muzyków w Wiedniu był już od dawna wyprzedany, ale dla wszystkich sopockich melomanów PFK Sopot przygotowało miłą muzyczną niespodziankę i zaprezentowali się w takim samym programie, jak w Wiedniu.
Pod batutą Wojciecha Rajskiego mogliśmy wysłuchać wspaniałe wykonania następujących utworów:
Ludwig van Beethoven – Uwertura do baletu Twory Prometeusza op. 43
Ludwig van Beethoven – Koncert fortepianowy nr 5 Es-dur op. 73
Franz Schubert – Symfonia nr 6 C-dur
Ta cudowna uczta muzyczna, w repertuarze identycznym z koncertem wiedeńskim stała się moją niezapomnianą i wyjątkową atrakcją tegorocznego karnawału.
Tak wspaniale zagrane utwory, wysłuchane na żywo w moim ukochanym mieście zapadną mi w pamięć na bardzo, bardzo długo…a może na zawsze ?

„SOPOT W RZECZY SAMEJ” – 18 URODZINY MUZEUM SOPOTU

„Sopot w rzeczy samej” – to tytuł wystawy, którą od 8 lutego do 14 kwietnia można oglądać w Muzeum Sopotu, przy nadmorskiej promenadzie.
W tym roku muzeum świętuje 18-te urodziny i wystawa jest zorganizowana właśnie z tej okazji. 
Związana jest z historią kurortu i jego mieszkańców. Pokazuje eksponaty podarowane przez mieszkańców i miłośników Sopotu od czasu powołania muzeum w 2001 roku. Przez 18 lat działalności muzeum zgromadzono około 
10 tysięcy przedmiotów, w tym meble, obrazy, stroje z epoki, modne bibeloty,
a także biżuterię, ceramikę, stare fotografie, pocztówki, mapy, grafiki, listy, dokumenty i wiele innych, nierzadko zaskakujących przedmiotów. Wystawa przedstawia historię Sopotu przez pryzmat przedmiotów i związanych z nimi opowieściami.  
Powyżej dostrzeżony wśród tak wielu, mój ulubiony eksponat tej wystawy.
Ja odwiedziłam wystawę w niedzielę 17 lutego, kiedy to w ramach obchodów Międzynarodowego Dnia Przewodnika Turystycznego, przewodnicy PTTK oprowadzali po wystawie i całym muzeum.
Odbyłam wspaniałą podróż w czasie.
Przez blisko dwie godziny słuchałam wspaniałych historii związanych z eksponatami wystawy oraz poznałam wiele nieznanych mi wcześniej szczegółów związanych z rodziną gdańskiego kupca i przedsiębiorcy Ernsta Augusta Claaszena, dla którego to zaprojektowano i w 1903 roku wybudowano tę przepiękną, zabytkową, eklektyczną willę, która stanowi siedzibę muzeum.
Obiekt ten jest znany pod nazwą Willa Claaszena. Położona w ogrodzie przy samej plaży z licznymi wieżyczkami i wykuszami posiada kontrastowe zestawienie jasnych otynkowanych płaszczyzn z ceglanym licem muru i murem pruskim.
W dawnych pomieszczeniach gospodarczych, na poziomie piwnic znajduje się dziś restauracja. Na parterze, zrekonstruowane: jadalnia, weranda, salon i buduar. Na I piętrze, w miejscu dawnych sypialni odwiedzamy sale wystawiennicze.
Na poddaszu są biura, a na strychu magazyn i pomieszczenia socjalne.
Poświęcę temu bardzo oryginalnemu obiektowi architektonicznemu oddzielny post.
Wystawa jest czynna codziennie do 14 kwietnia 2019.
Od wtorku do niedzieli w godz. 10.00-16.00. 
W niedzielę wstęp wolny.
Serdecznie zachęcam do odwiedzenia tej bardzo ciekawej ekspozycji !

źródło: muzeumsopotu.pl