Category Archives: REFLEKSJE

A KTO JUŻ NIE MOŻE, NIECH PĘDZI NAD MORZE…

 
Potrzebujecie relaksu i odprężenia ?
Czujecie zmęczenie latem? A może wakacjami? Może trzeba Wam przewentylowania części „Waszych układów”?
Tak, to też jest możliwe. Czuć zmęczenie po wakacjach. Ruszamy w nieznane, nie zawsze komfortowe, nie zawsze spełniające nasze oczekiwania. Przenosimy się z uporządkowanej, oswojonej codzienności w kompletnie nowe otoczenie.
Nie wszystkim daje to ukojenie…
Mam dla Was teraz radę: pędźcie pilnie nad morze !!!
 
Morze, plaża po sezonie i czyste powietrze to moi najlepsi terapeuci życia. Dni coraz krótsze, więc polecam Wam pilnie „iść w stronę słońca”!
Pamiętacie jak w zeszłym roku we wrześniu wszyscy się zachwycali cudownym, przedłużonym latem?
Było ciepło, było słonecznie, dookoła było zielono i kolorowo w ogrodach.
Tylko w prognozach pogody pojawiały się „pogróżki”. To już koniec lata, to już z pewnością ostatnie ciepłe dni, ostatni ciepły tydzień…
Straszyli non stop, a słoneczko robiło sobie co chciało,
czyli świeciło z całych sił. 
Moje wrześniowe powietrze pachniało latem i obficie kwitnącymi w tamtym roku różami, lawendą i szałwią.
 Ciekawe z czym Wam kojarzy się zapach tegorocznego,
i równie wyjątkowego lata? Była taka masa gorących i bardzo eterycznych dni.
U mnie w tym roku powtórka..róże, lawenda i szałwia. 
 
Mało kto wierzył, że i październik, i listopad będą chciały z całych sił upodobnić się do września.
Z tak wielką ekscytacją czekam na tegoroczną jesień. Łapię słoneczne, letnie chwile, ale o jesieni już marzę i skrupulatnie ją planuję. 
 
W zeszłym roku we wrześniu regenerowałam się po ważnej operacji, ale już w październiku zatęskniłam za morzem..
Marzyło mi się bardzo, żeby pomoczyć jeszcze stopy w Bałtyku. I tak się stało, i tak się udało.
W drugiej połowie miesiąca udało się zorganizować weekend w dniami, które ja nazywam „pełnią szczęścia”.
Nie ważne która godzina, nieważne dokąd chcemy dotrzeć …
Obieramy kierunek Białogóra i wędrujemy brzegiem plaży w kierunku Stilo tyle, ile tylko mamy sił w nogach.
Zawsze są to kilkugodzinne spacery. I tak też było tym razem.
Co było wyjątkowego?
Wyjątkowa była letnia aura tego dnia.
Ponad 20 stopni, nogi wędrowały zamoczone w słonej, ciepłej wodzie.
 

Ale morze to potężna dusza, nieustannie skarżąca się na jakąś wielką, nie dającą się utulić boleść, zamkniętą w nim po wsze czasy. Nigdy nie będziemy w stanie zgłębić tej nieskończonej tajemnicy, możemy tylko wędrować z uczuciem głębokiej czci i oczarowania po jej wąskim skraju. (…) morze zna tylko jeden głos, potężny, urzekający naszą duszę swą wspaniałą harmonią (…) morze zdaje się mieć w sobie coś z potęgi niebios.

Lucy Maud Montgomery, Wymarzony dom Ani

 
Czy też dla Was też takie długie, całodniowe, nadmorskie spacery są lekiem „na całe zło tego trudnego świata” i najwspanialszym ukojeniem zmysłów? Jestem ogromną optymistką ale i mnie czasem dopada trudniejszy czas.
I wtedy potrzebuję spacerów. Na nich najlepiej regeneruję siły i dopadające mnie zmęczenie pospiesznym, codziennym życiem.
Co bardzo pomaga jesienią, to prawie całkowita pustka na plażach. Posezonowe „wyludnienie” jest cudownym kontrastem do moich „tłocznych dni”, pędzących z prędkością światła. 
Posezonowe „wyludnienie” jest też dla mnie wytchnieniem w Sopocie.
Tu się wychowywałam, tu dorastałam, tu również dziś jest mój drugi dom. 
Sopot dla wszystkich mieszkańców jest jednocześnie domem,
ale zwykle myśli się o nim potocznie – letni kurort,
fajna miejscówka na wakacje, imprezę w weekend.
A dla mnie, dopiero kiedy kończy się letni, turystyczny czas, posezonowe miesiące oddają najlepiej piękno tego miejsca i całej zatoki gdańskiej. Uwielbiam się szwendać po magicznych uliczkach Sopotu i delektować się pięknem jego architektury. Są tu takie perełki, że aż dech zapiera.
.KOCHAM TU BYĆ.
Również tej jesieni rozpoczynam wspaniały sopocki, blogowy projekt. Tworzę nową, interesującą miejscówkę w sieci.
Mam nadzieję, że będziecie ze mną również tam.   
 
Bardzo doceniam uroki wybrzeża w jego najbardziej naturalnej i opustoszałej odsłonie. Plaża cicha, pusta, czysta, jasna i tak bezkreśnie długa…Bo dla mnie dopiero wtedy plaża jest najpiękniejsza. I dopiero w tej pustce można wszystko dostrzec, i można się tym ukoić. Odwiedziłam już tak wiele słynnych i mniej słynnych plaż na naszym globie. I wiecie co Wam powiem?
Dla mnie, bezdyskusyjnie nasza polska jest najpiękniejsza. 
 
To już teraz wiecie, że kocham nasze wybrzeże najbardziej. 
Właśnie za te długaśne, nieśpieszne spacery po drobnym
i czyściutkim piasku. Już rozmyślam o kolejnych tegorocznych, jesiennych spacerach.
Kocham również te zimowe. W bardzo chłodne dni, dla wspaniałego marszu po plaży wystarczy tylko słońce. Zaplanujcie tej jesieni coś dla siebie. Koniecznie nad morzem. 

„Słońce wschodzi na horyzoncie, słońce ogrzewa nasze twarze, słońce ogrzewa nasze plecy, słońce chyli się ku zachodowi. Tyle mógłby trwać nasz spacer…” 

ZATRZY – MAJ – MY NIE TYLKO MAJOWE WSPOMNIENIA

Dziś „zimna Zośka”… dzień z mocnym znacznikiem ogrodowym,
ale dla mnie NIE tylko ogrodowym. Dzień dla mnie dość szczególny.
A to dlatego, że znałam kiedyś szczególną Zośkę i każdego roku 15 maja o niej myślę i wspominam. 
 
Była jedna, jedyna w swoim rodzaju. Towarzyszyła mi przez wiele lat mojego dzieciństwa i wczesnej młodości. 
Mieszkała w Sopocie, niedaleko nas. Była Panią przed 60-tką. Koleżanką mojej mamy. Dziś pewnie kazałaby się nazywać „singielką”.
Była niezwykle silna i niezależna. Miała swoje zasady.
Cała była „jak ta hrabianka” w najbardziej pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sposób bycia, wygląd były bardzo zbliżone do tych „z epoki”. Byłam w nią zapatrzona. Bardzo inteligentna, zawsze elegancka, pogodna i z masą cudnej wiedzy. Wypełniała moje życie nieskończoną ilością magicznych opowieści. Byłam małą dziewczynką, dla której opowieści o powojennej Warszawie i Mławie były jak baśnie, albumy pełnie dzieł sztuki, były jak wrota do najpiękniejszych galerii.
 
Spędzałam z nią każde środowe popołudnie, które czasem przedłużało się do wieczora. Dlaczego akurat środowe ? Nie wiem. Nigdy nie zapytałam o to ani jej, ani mamy.
Nie lubiła gotować, ale często chcąc mi zrobić przyjemność, przygotowywała mi gorącą zupę-krem z serków topionych z grzankami. Do dziś pamiętam ten smak.
Pokazywała mi przepiękne albumy głównie związane ze sztuką. Było tego naprawdę dużo. Malarze, graficy, fotografowie. Czy to dzięki niej tak bardzo ciągnie mnie w tę stronę ?
Czy to dzięki niej tak bardzo kocham galerie sztuki i muzea ?  
Czy dlatego wędrując po najpiękniejszych, historycznych miasteczkach zapiera mi dech w piersiach ?
 
Ciocia Zosia, bo tak ją nazywałam, fascynowała się słowem pisanym. Dużo mi czytała. Pomagała interpretować wiersze. Później uczyła pisać reportaże i eseje. 
Sama w malutkich notesikach spisywała swoje ważne myśli i drobne wierszyki.
Robiła to chyba w obawie o ulotność i myśli, i chwil.
Lubiła bawić się ze mną w rymowanki. Budziła moją kreatywność.
Kiedy w słoneczne dni spacerowałyśmy po Sopocie, ciągle zachęcała mnie do tworzenia rymów. 
 
Dziś to rozumiem i potrafię to nazwać. Kiedy miałam 10 lat nie wiedziałam, że bawiąc się ze mną, robi tak ważne dla mnie rzeczy.
Kierowała mój wzrok na sztukę, pokazywała rzeczy ważne. Uwrażliwiła mnie na twórczość artystów. Tak, miała na mnie ogromny wpływ.
Uwielbiała też pasjanse. Nauczyła mnie kilku z nich, ale moje zainteresowanie kartami nie przetrwało. 
Dziś świętują wszystkie Zośki, 15 maja … środa. Myślę o niej i o naszych środach.
Myślę o tym, jak to bardzo ważne spotkać na swojej życiowej drodze również właściwych i wartościowych ludzi. 
Nawet, a może właśnie w bardzo młodym wieku.
 
 

 „Dziękuję Ciociu Zosiu !

ZAKOCHAJ SIĘ W WARSZAWIE NIE TYLKO OD ŚWIĘTA.

Świąteczny czas zawsze nastraja wyjątkowo.
Jakkolwiek nam się w życiu aktualnie wiedzie.
Jakkolwiek łaskawy lub mniej jest los,
ja staram się zawsze uczynić ten czas wyjątkowym.
A wyjątkowość, to dla mnie zawsze stan umysłu.
To w pozytywnym nastawieniu i w radościach dnia codziennego poszukuję szczęścia.
W tegorocznym świątecznym czasie, jak zwykle dekorowałam dom 
i szykowałam się na cudowne rodzinne spotkania i biesiady. 
Chwile bliskości i odprężenia przy kominku,
z bolącymi od śmiechu brzuchami,
będziemy rozpamiętywać jeszcze bardzo długo.
Z Wami podzielę się pięknem, które możemy wspólnie dzielić jeszcze przez kilka tygodni Nowego Roku.
W ostatnich dniach wyjątkowym okazał się wieczorny spacer  
po warszawskim starym mieście.
Cudownie udekorowana i rozświetlona stolica była zachwycająca. 
Rozpoczęcie wędrówki od świątecznego jarmarku przy warszawskim barbakanie było bardzo trafne.
Pyszne przekąski, piękne podarunki zawsze dobrze nastrajają:
 
Plac Zamkowy z tradycyjnie już piękną choinką w tym roku przypominał o okrągłej rocznicy odzyskania niepodległości:
Rynek Starego Miasta powitał nas budkami z gorącymi przekąskami,
grzanym winem i wspaniałym kolorowym lodowiskiem, które już od kilku lat stanowi radosną rozrywkę dla warszawiaków i gości stolicy:
A na Krakowskim Przedmieściu, na tych,
którzy nie spotkali się jeszcze z Mikołajem, czekał ON sam. Osobiście.
W torbie miał jeszcze troszkę prezentów:
    Szczególnie przyjemnym okazało się spotkanie
z młodym warszawskim kataryniarzem, 
który nie tylko grą, ale i pięknym głosem umilał czas spacerowiczom:
Za drobną opłatą można było „skraść też jego uśmiech”:
Ot spacer, tak niewiele, a jak wiele.
(…) Warszawo, moja Warszawo,
Dla ciebie uśmiech i łza,
Kto raz cię ujrzał, Warszawo,
Na zawsze cię w sercu ma.(…)
Właśnie tak cudownych spacerów, cudownych chwil sobie i Wam życzę.
Tylko pomyślnych dni w tym Nowym 2019 Roku!
Kolorów, optymizmu i radości z drobnostek.
 
!!! Niech się Wam darzy,
niech Wam się szczęści !!!

ADWENTOWEJ REFLEKSJI CZAS…

Ciągle słyszę pytania:
Ewa, skąd ty masz tyle sił ? 
Skąd bierzesz energię i te niespożyte pokłady entuzjazmu
oraz nowych pomysłów ?
I o tym chciałam dziś kilka słów.
Receptę mam taką:
Każdy dzień staram się budować z małych kawałeczków, 
które dobrze dobrane, poprawnie spasowane,
składają się na udany, pozytywny dzień.
Dbam o drobnostki, chwile i otaczający mnie świat.
Dobra energia, mobilizacja i samodyscyplina.
To moje pewniaki, które tworzą receptę na jakościowy, udany dzień.
Nie będę się rozpisywać na temat rzeczy, na które nie mam wpływu.
Wszystko co mogę zrobić, to w możliwie najlepszy sposób
stawiać czoła wszelkim wyzwaniom, 
które życie przede mną stawia (zwykle znienacka). 
Koncentruję się na mojej codzienności.
 
Zachowuję pogodę ducha,
aby nie poddawać się nastrojom pogody za oknem,
jakakolwiek by ona nie była.
Wam też radzę robić to samo.
Ciężko pracować, odpoczywać, tworzyć i planować.
U mnie, w ślad za tym pojawia się satysfakcja !
Słowem: maksymalnie korzystajcie z każdego DNIA.
Całe nasze życie składa się właśnie z tych pojedynczych elementów zwanych DNIAMI.
To one złożone w całość tworzą naszą rzeczywistość,
a docelowo całe nasze życie. 
Niech to będzie dobra i miła rzeczywistość.
W miarę naszych osobistych możliwości.
Ostatnie miesiące przyniosły mi masę stresów 
i troski o własne zdrowie.
Nagła decyzja o pilnej operacji,
fatalne wyniki i tym samym brak możliwości zrobienia operacji.
Byłam przerażonym kłębkiem nerwów.
To był ciężki czas,ale nie oczekiwałam, że życie samo,
czy może inni „pokolorują mój świat”.

Należy zrobić to samemu. Dla siebie i dla bliskich.

Bądźmy malarzami swojego życia,
a przede wszystkim każdego swojego dnia. 
Już DZIŚ możemy zacząć wszystko od nowa. 
Możemy zacząć inaczej żyć.
Rozpocząć nowy etap, zapisać się na kurs,
rozwijać pasje, zmienić przyzwyczajenia.
Niech ten adwentowy czas będzie dla Was sprzymierzeńcem,
w próbach uporządkowania swoich myśli,
podejścia do życia i Waszej codzienności.
Dbajcie o siebie, dbajcie o bliskich 
i o każdy dany Wam dzień.

Make today a GOOD DAY !!!

JESIENNY SPACER, CO „OSTATNIM ZŁOTEM GORE”…

Dziś witam Was słowami jesiennego wiersza
Leopolda Staffa „O jesieni”
Już jesień. Liść na drzewie rzednie,
Jeszcze ostatnim złotem gore,
A z nim spokojnie gaśnie, blednie,
Co nie umiało umrzeć w porę. (…)
 Nie rozpieszczała nas słońcem tegoroczna, jesienna aura. 
Ostanie miesiące płynęły deszczem nieskończenie i nieustannie.
Dopiero całkiem niedawno udało mi się 
schwytać słoneczną sobotę i sprawdzić,
czy nasza złota, polska jesień i w tym roku „złotem gore”.
Taką ją kochamy najbardziej, na taką czekamy
i taką chcemy pamiętać przez kolejne miesiące.
Zdałam sobie sprawę, że to nie te deszczowe dni wzbudziły we mnie
tę ogromną potrzebę spotkania się ze słoneczną aurą.
Każdej jesieni poszukuję jej najpiękniejszych stron
i staram się przekonywać „cały ten świat”, 
że jej uroda jest wyjątkowa i nie do podrobienia.
Oto jakie „złoto” przyniosłam dla nas wszystkich ze spaceru 
w Łazienkach Królewskich w Warszawie:
 
1. Czy Wy też tak macie, że słoneczne, złote dni,
pełne pięknych żółci i ciepłych pomarańczowych tonów 
nastrajają Was bardzo optymistycznie ?
2. Czy szuranie w suchych liściach ma dla Was ciągle
tę szczególną magię, przeniesioną z dziecięcych lat ?
3. Czy nadal na widok kasztanów, czy żołędzi na trawniku 
musicie się pochylić i schować kilka do kieszeni ?
U mnie 3 x na TAK.
Niezmiennie uwielbiam tę magię złotej, polskiej jesieni.
Przepadam za spacerami w poszukiwaniu 
„ostatniego gorejącego złota”…
… a kolejne, dopiero w przyszłym roku !
Do miłego jesiennego zobaczenia
mówi Wam też spotkana na wyjściu „Baśka”:
  
A co przed nami ?
Teraz nadchodzi czas chłodów, przymrozków 
i mocno „popielatych okoliczności przyrody”,
które powolnie będziemy wszyscy ustrajać
bożonarodzeniową atmosferą.
Według mnie, dobrze to wszystko zostało pomyślane.
Jesień się kończy, liść-opadł.
Przyroda robi miejsce na nowe, zimowe,
grudniowe atrakcje.
I dla oka, i dla ducha, i dla serducha !!!
Czy będą pełne słońca i śniegu ?
To się jeszcze zobaczy …
 
 
 

WILCZY SKOK W NOWY ROK


No i mamy również w Wilczej Górze
całkiem nowy, świeżutki,
pełen czystych, niezapisanych, 365 śnieżnobiałych kart.
To Nowy Rok i jego 365 nowych dni. 
365 nowych szans na ich zaplanowanie i zagospodarowanie.
Wszyscy dostajemy dokładnie te same 365 dni od życia.
Jedyną różnicą jest to, jak je samodzielnie zaplanujemy,
co z nimi zrobimy. 

Nie musimy od razu znać całego tekstu do zapisania
naszych kart na ten rok.
Zacznijmy od słowa, lub kilku słów,
które mogą być dla Nas w tym roku ważne.
Przeszłości nie da się zmienić. To oczywiste,
ale każdy nowy dzień jest pełen przeróżnych możliwości.
Które ze słów są dla Was teraz ważne ?
Pomyślcie, czego na ten nowy rok można by Wam życzyć ?

Miłości. Pokoju. Nadziei. Pomyślności. Wiary. Odwagi. Radości. Uśmiechu. Powodzenia.

Wybierzcie słowa, z którymi będziecie kroczyć przez 365 dni tego roku. Niech one Was prowadzą i zapisują codziennie karty
Waszej życiowej księgi.
Piszcie ją odważnie, z pasją i fantazją. 
Nigdy nie bójcie się tworzyć swoich własnych, nowych wątków.
Susan Wiggs w książce „A między nami ocean…” powiedziała:
(…) Sposób w jaki spędzasz każdy kolejny dzień,
kiedyś zsumuje się na sposób, w jaki spędziłaś życie.(…) 
Czyż nie warto starać się każdego dnia ? 
W A R T O
Stawiajcie sobie głownie cele krótkoterminowe. 
Takie na dziś, na jutro, na za tydzień, w tym miesiącu. 
Ich realizowanie daje zawsze masę radości i satysfakcji.
Często też, stają się cichym motorem do dalszych działań pod tytułem:

„każdego dnia jeden krok; 
jeden bliżej do osiągnięcia celu”
 
Polecam każdemu systematyczne, codzienne zajmowanie się sprawami, 
które wymagają naszej uwagi przez dłuższy okres. 
Te codzienne, pojedyncze kroczki 
niepostrzeżenie zbliżają nas do osiągnięcia większych celów,
które z perspektywy czasu mogły wydawać się nawet nieosiągalne.

I dlatego, jak wiecie ja nie robię  POSTANOWIEŃ NOWOROCZNYCH.
Dlaczego ?
Bo każde D Z I S I A J  może być początkiem nowego.  
Lubię za to robić krótkie podsumowania i plany.
 Mam nadzieję, że czas Adwentu i Świąt,
był i dla Was szansą,
na choć małe podsumowania i podziękowania za miniony czas. 
Może to nie był dla Was rok najlepszy z najlepszych,
ale zapewne zdarzyło się wiele dobrego,
zapewne spotkało Was coś miłego.
A może udało się Wam zrealizować swoje małe cele,
lub choć trochę się do nich zbliżyć ?

Nie lubię rozpamiętywać przeszłości, ale lubię zachowywać z niej najpiękniejsze wspomnienia.
Budować z nich moją własną strefę przyjaznego komfortu.
Wspaniałe zdarzenia, dni, momenty z przeszłości,
budują moją nadzieję na dobrą przyszłość.   
Dlatego zrobiłam sobie mały HAPPY END OF OLD YEAR.
Podziękowałam za wszystko co dostałam.
Za każdą piękną chwilę. 
Szczególnie jestem wdzięczna za nauki, o które miniony rok mnie wzbogacił.
Jestem gotowa na Nowy Rok.
A to będzie dobry rok !!!
Regina Brett podpowiada:
(…)”Zasługujemy na to, co najlepsze,
ale zanim uwierzą w to inni,
sami musimy w to uwierzyć”(…) 
I z tym przekonaniem, ponownie życzę Wam z całego serca: 

Zdrowia. Dla siebie i najbliższych … 
Bez niego ciężko przeżyć nawet najzwyklejszy dzień.

Miłości, przyjaźni i szacunku. 
Bez nich nie istnieją dobre relacje wokół nas.

Niegasnących pasji, które „umajają życie” i powodują,
że zawsze „chce się wstać”.

Konsekwencji, wytrwałości i niestrudzonej cierpliwości.
Do wszystkiego, co w Waszym życiu ważne.

Optymizmu, pogody ducha i ciepła,
w którym „ogrzewają się Ci, którzy podchodzą bliżej”.

Nieustającej ciekawości świata i woli nauki.

Wierności swoim wartościom, bez poddawania się dogmatom.

Ciągłej odwagi, która pozwala kierować się intuicją, rozumem i sercem 
(u mnie często ta kolejność się zmienia, oj często)   

oraz
Wyłącznie mądrych decyzji…


Mam nadzieję, że ten kolejny, nowy
podobnie jak jego poprzednicy, 
będzie wypełniony ciekawą sztuką, we wszystkich jej wymiarach,
wizytami w kinach i teatrach, podróżami do ciekawych miejsc,
wspaniałymi smakami kuchni całego świata i najcudniejszą muzyką,
która często brzmi w moich uszach nawet wtedy, kiedy zasypiam.
A mamy teraz karnawał.
Chłońcie muzykę, bawcie się tańcem.
Spędzajcie wspaniały, towarzyski czas !
 

Niech się Wam wiedzie. Powodzenia.
Wyjątkowego. Wspaniałego !!!
 
Ewa

CZAS ADWENTU, CZAS WYCISZENIA, CZAS KREATYWNOŚCI

We wrześniu, październiku było jeszcze tak daleko do zimy, a dziś ?
Dziś mamy koniec listopada, a za oknem prószy śnieg. 
Błękitne niebo przybrało nową sukienkę.
Jest ona w bardzo ostatnio modnych szarościach.
Choć uwielbiam wszelkie odcienie szarości, aż po ciemny grafit,
ciężko o optymizm wyglądając za okno.
Co robię ? Nie wyglądam ! ha ha ha …
Wypełniłam dom świecami, łańcuchami świetlnymi i lampeczkami,
które swoim ciepłym światłem „rozgrzewają” nasze umysły.
Nie dajemy się chandrze, nie dajemy się ponuremu nastrojowi. 
Dziś moje przytulne, rozświetlone nastrojowo wnętrza 
pachną wanilią, truflami, kawą i jeszcze ciepłym BROWNIE

 (kliknijcie nazwę powyżej aby przejść do przepisu ).
Adwentowe, ciche, spokojne wieczory wypełniam pracą nad nowymi projektami fotograficznymi.
Nie pędzę, nie spieszę się, a mój „pozytywny i rozgrzany optymizmem” umysł
podpowiada mi co rusz masę nowych pomysłów.
Spokój i brak nadmiernej ilości bodźców sprzyja mojej listopadowej i grudniowej kreatywności. 
Odciążony umysł, pięknie pracuje.
Jest twórczy i wspiera moją potrzebę indywidualizmu.
Jeśli macie chwilę wolnego czasu pod koniec dnia…
… polecam choć krótkie, kreatywne rozmowy z „samym sobą”.
Właśnie wtedy przychodzą mi do głowy najciekawsze pomysły, 
właśnie wtedy tworzę swoje najciekawsze projekty.
Szczególnie cenię sobie adwentowy czas.
Adwent to bardzo potrzebne mi 4 tygodnie.
Tygodnie, które dzielą równo mój czas oczekiwania i przygotowania do Bożego Narodzenia.
Tworzę w głowie i w życiu 4 kompletnie różne od siebie przestrzenie, 
które dają mi masę porządku i „przedświątecznego spokoju”.
Każdego roku dzielę je w różny sposób, zależnie od aktualny potrzeb.
W tym roku działam tak:
– TYDZIEŃ 1: refleksje, rozmowy, planowanie, „uruchamianie kreatywności”
– TYDZIEŃ 2: organizacja, przygotowanie, zakupy
– TYDZIEŃ 3: aktywnie przedświąteczne działanie
– TYDZIEŃ 4 : kilka dni dla spraw z rozdziału „zapominalskich” i powolne, pozytywne wyciszenie.
Takie postawienie sprawy i plus minus zgodna z powyższym organizacja,
od kilku lat wprowadziła do mojego życia wiele „operacyjnego spokoju”.
Co mam na myśli ? Dam Wam przykład:
Wychowałam się w domu, gdzie choinkę kupowało się i dekorowało w Wigilię rano.
Kochałam ten zwyczaj, tylko dlaczego nie można było się oddać tej dziecięcej radości,
przez wiele, spokojnych godzin?
Dekorowaliśmy z bratem w pośpiechu świąteczne drzewko
i pędziliśmy pomagać rodzicom w milionie jeszcze niedokończonych, 
czy nawet nierozpoczętych świątecznych spraw…
Masa w tym była pośpiechu, niepokoju, a czasem i rodzinnych gniewów 
spowodowanych tzw. „niedoczasem”.
Teraz, dzielę przygotowania na kilka tygodni,
nie tylko po to, 
aby „po amerykańsku” zaczynać Boże Narodzenie w listopadzie,
ale dlatego, aby celebrować wszystkie zwyczaje.
Aby każdemu z nich poświecić należyty czas.
Ze spokojem zaplanować prezenty i dekoracje.
Mieć czas je wykonać 
(wiecie, że większość robię sama, a to pochłania massssęęęę czasu).
Ugotować … podać … dźwignąć urodę i ?
I z wypoczętą i uśmiechniętą twarzą celebrować Święta. 
Tak kocham najbardziej … i Wam też polecam.
A na dziś mam dla Was małą cząsteczkę mojego adwentowego klimatu.

… ciepło, przytulnie, romantycznie …

… celebrujcie życie, celebrujcie dni, celebrujcie chwile …
… ciepło, przytulnie, romantycznie …

12 LAT MINĘŁO JAK JEDEN DZIEŃ …

WSPOMNIENIE 
To najważniejsze słowo tego weekendu.
12 lat temu we wrześniu, Wilcza Góra stała się najważniejszym miejscem w naszym życiu.
Właśnie wtedy postanowiliśmy, że chcemy tu żyć. 
Powitały nas łany żółtych nawłoci, w których brnęliśmy po pas,
szukając granic naszej działki, wytyczonych prze geodetę.
Zakochaliśmy się w tym miejscu bez granic.
Młodziutki lasek brzozowy, który znajdował się na zakupionej ziemi,
zdawał się być przepięknym, zielonym prezentem od losu.
Do dziś, z całych sił pielęgnujemy nasze brzozy,
a nawłocie (znane jako „polskie mimozy”) są wszechobecne zarówno w naszym ogrodzie,
jak i na okolicznych działkach.
Nie wiem kiedy minęło te 12 lat.
Czas pędzi jak szalony i nic sobie nie robi z naszych planów.
Często sam je weryfikuje, według tylko sobie znanego klucza.
Kolejna jesień znów „mimozami się zaczyna”…
W ten weekend powspominaliśmy. Przejrzeliśmy masę zdjęć z 2004 roku.
 I chyba w największa zadumę wprawił nas nasz lasek brzozowy.
Drzewa urosły tak mocno.
W pędzie codziennego dnia, nie zauważa się tej zmiany tak wyraźnie.
Dopiero fotografie pokazały nam, jak zmieniło się to miejsce na przestrzeni tych lat.
Ogrom czasu. Stąd zaduma i odrobina melancholii…

Wróciłam do wydanego po raz pierwszy w 1921 roku zbiorze „Siódma jesień”, 
wiersza Juliana Tuwima, „WSPOMNIENIE”. 
Większość z nas, kojarzy ten tekst z wykonania Czesława Niemena.
W wierszu mamy 7 jesień … my właśnie świętujemy 12 jesień.
Z radością, entuzjazmem i pełnią sił pragniemy świętować 24, 36 i 48.
Niech się wiedzie … i Wam, i nam.

A poniżej, i wiersz i moje zdjęcia „polskiej mimozy”,
którymi i ta aktualna jesień się zaczyna:
 
„Wspomnienie”
Julian Tuwim
Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły.

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty – październik,
To ty, to ty, moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia, senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy,
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej – majowy.

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką.

POGODZONA

„Na wszystko trzeba sobie zapracować”
 W ogrodzie to stwierdzenie nabiera szczególnego znaczenia. 
Na piękne rabaty, idealne kompozycje i stylowe mariaże kolorystyczne często pracuje się latami. Każdego sezonu dokładam do mojego ogrodowego dzieła kolejne „cegiełki”.
Pracuję, buduję rabaty, przerabiam je, udoskonalam, dosadzam, przesadzam,
a czasem całkowicie zmieniam.
Wszystko tylko po to, aby w ciągu kilku lat cieszyć się ich dojrzałym pięknem.
I dla oka i dla ducha, a często i dla nosa.

Tak, wiem. To pasja dla pracowitych i bardzo cierpliwych pasjonatów zieleni.
Świat dziś oszalał. Wszystko na wczoraj, na dziś, na już. A w ogrodzie tak nie ma.
Tu czas płynie swoim naturalnym tempem. Tu rośliny kwitną w zgodzie z porami roku.
Potem zapadają w długi, zimowy sen. Nic się nie da przyspieszyć.
Tak już musi być. Ogród rządzi się swoimi naturalnymi prawami.
A mi to odpowiada.
Pogodzona i żyjąca zgodnie z porami roku,
 bardzo naturalnie wpisuję się w ten ogrodowy kalendarz.
Jakże ja lubię to wiosenne wyczekiwanie, podglądanie i poszukiwanie każdego,
najmniejszego choć listeczka…tu pierwsze listki zawilców…
Potem, letnie bieganie z taczką pomiędzy kolorowymi rabatami, 
z których wylewa się czar i zapach niebiańskich kwiatów.
 Kolejno, jesienią, wyjątkowy urok przepięknych traw ozdobnych
z zaplątanymi w nich suchymi bylinami i hortensjami powoduje,
że chce mi się żyć ! Tak z całych sił !

 A zima ? 
A zima jest po to, żeby odpocząć, usiąść przy stole i zaplanować nowy sezon.
Spisać plany i pomysły oraz nadrobić wszelkie zaległości „nieogrodowe”.
Bardzo mi dobrze z tym moim ogrodowym światem.
To on cudownie się równoważy z moim życiem zawodowym, 
które pędzi jak najlepszy rollercoaster.
A jak u Was ?
Też tak macie, że gdyby nie ogród, „to nie wiem co” ?  
« Starsze wpisy