Tag Archives: fiskars

QUATRE QUARTS czyli cztery czwarte

Dlaczego quatre quarts?

4/4, cztery czwarte to bretońskie ciasto, które bierze swoją nazwę z tego, że masa jego czterech podstawowych składników: mąka, cukier, masło, jajka jest równa, a zatem każdy z nich stanowi jedną czwartą. To bardzo klasyczne ciasto, czasem nazywane „matką wszystkich ciast” pochodzi z Francji. Jego domem jest Bretania.

Brytyjczycy mają swój odpowiednik quatre quarts, w postaci POUND CAKE. To ciasto przygotowuje się z funta każdego z czterech składników: mąki, masła, jajek i cukru. Oczywiście z rozmaitymi dodatkami, które dodaje się według własnego uznania.

Sekret.

Ciasto jest przepyszne i bardzo proste w wykonaniu. Musimy tylko zadbać, aby wszystkie składniki były w pokojowej temperaturze. Kolejno dodawane i wyrabiane zgodnie z poniższym przepisem sprawią, że ciasto będzie znakomite. Dodałam do niego cudowny jesienny akcent w postaci świeżych jabłek i lukru ze świeżym sokiem z cytryny, co nadało ciastu wyśmienitego jesiennego charakteru!

Składniki na ciasto:

(tortownica 23 cm)

3 duże jajka
200 g cukru + 2 łyżeczki cukru waniliowego
200 g roztopionego i ostudzonego masła
200 g mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
2 jabłka (opcjonalnie)

Składniki na lukier cytrynowy:

200 g cukru pudru (1 szklanka)
2 łyżki mleka
2 łyżki soku z cytryny

Wykonanie:

Całe jaja ubijamy na puszystą, jasno żółtą masę. Dodajemy cukier i dalej ubijamy, aż do uzyskania prawie białej masy. Kolejno dodajemy masło i stopniowo mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia.

Gotową masę przelewamy do tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Na wierzch układamy obrane i pokrojone jabłka, które dodadzą ciastu jesiennego smaku.

Pieczemy w temperaturze 180 stopni lub do suchego patyczka. Na wierzch ostudzonego ciasta polewamy lukier cytrynowy. Przygotowujemy go podgrzewając i cały czas mieszając mieszając wszystkie składniki lukru w małym garnku. W kilka chwil lukier zrobi się sam.

Moje podpowiedzi:

1. Do ubijania tego ciasta, używam robota planetarnego,
ponieważ wyrabia masę na ciasto dużo szybciej i dokładniej niż ręczne miksery.
2. Oryginalny przepis na quatre quarts jest bez jabłek i lukru,
ale wtedy smakiem przypomina naszą babkę piaskową
i nie ma tego cudnego jesiennego smaku.
3. Nóż z ząbkowanym ostrzem jest idealny do pokrojenia tego ciasta.
Bez problemu kroi miękkie upieczone owoce, nie deformując wierzchu ciasta.
Ja użyłam noża FISKARS.
4. Ciasto można rozlać do foremek i przygotować muffinki.
Należy tylko skrócić czas pieczenia do 15-20 min (do suchego patyczka).

To chyba jedno z najprostszych ciast które kiedykolwiek piekłam ale kompozycja smaków, zapachów i aromatów wydobytych ze świeżych jabłek i cytryn jest wspaniała.

Bon appétit!

I po raz kolejny … „siła tkwi w prostocie”!

Mój niebiański PISZINGER

PISCHINGER AND PISZINGER – andruty z masą czekoladową

Pischinger (również piszinger, tort Pischingera) – oryginalny przepis mówi o torciku na bazie wafli, przekładanych masą czekoladowo-orzechową, oblanym lukrową polewą czekoladową. Jego twórcą był znakomity wiedeński cukiernik Oscar Pischinger. Przepis pochodzi z drugiej połowy XIX wieku. Ja przygotowuję go regularnie po dzień dzisiejszy. W sporo lżejszej, zmodyfikowanej formie, bez polewy. Nie zmienia to faktu, że jest tak niebiańsko pyszny, iż ciężko się od niego oderwać.

PRZEPIS

 SKŁADNIKI: 
– 10-15 szt dużych andrutów (im cieńsze tym lepsze)
– 1 szklanka mleka
– 2 szklanki mleka w proszku
– 1,5 szklanki cukru
– 1 kostka masła (200g)
– 1 cukier waniliowy
– 3-4 łyżki kakao
– opcjonalnie: garść rozdrobnionych orzechów włoskich

WYKONANIE

Do garnka o grubym dnie wlewamy szklankę mleka i dodajemy masło. Wolno rozgrzewamy i mieszamy składniki. Kolejno wsypujemy cukier, cukier waniliowy i kakao. Partami (po pół szklanki) dosypujemy mleko w proszku, które nie będzie miało specjalnej ochoty łatwo rozpuścić się w naszej masie. Zwykle tworzą się większe lub mniejsze grudki, którymi nie należy się wcale, ale to wcale przejmować. Rozcieramy je tak, aby były jak najmniejsze. Możemy je na chwilę potraktować mikserem, który w minutkę rozetrze je bezpowrotnie. Masa musi się dobrze rozgrzać, aby składniki się rozpuściły, ale przed rozsmarowywaniem musimy ją mieć tylko lekko ciepłą, aby zbyt wysoka temperatura nie zniszczyła andrutów. Zbyt chłodna zaś, nie będzie się chciała rozsmarowywać. Musi być tylko lekko ciepła!

„Orzechowym smakoszom” polecam dodanie garści drobno roztłuczonych orzechów włoskich.

Rozlewamy masę na kolejnych warstwach andrutów bardzo dokładnie. Całość musi być dokładnie pokryta. Ja używam do tego silikonowej szpatułki do ciast FISKARS.

Po przykryciu rozprowadzonej masy kolejnym andrutem, dociskamy go delikatnie dłonią w każdym miejscu. W zależności od grubości andrutów układam 5-8 warstw.  

PORADY

WAŻNE!!! Gotowe wafle muszą zmięknąć, dlatego wkładamy je do siatki foliowej lub owijamy folią spożywczą. Musimy również docisnąć nasze wafle czymś „ciężkim”. Ja używam  do tego drewnianej deski o wymiarach minimalnie większych od wymiarów andrutów, co zapobiega to rozwarstwianiu i odginaniu się brzegów andrutów w pierwszych godzinach. W tym czasie masa powinna nawilżyć nasze andruty i całkowicie posklejać wszystkie warstwy. W ślad za pomysłem Oscara Pischingera, można je również polać polewą czekoladową.

 SKŁADNIKI NA POLEWĘ CZEKOLADOWĄ: 

- 2 tabliczki gorzkiej czekolady
- kilka łyżek mleka do rozpuszczenia czekolady
- 1/2 kieliszka spirytusu

Do małego garnka o grubym dnie, wlewamy kilka łyżek mleka i dodajemy kawałki połamanych czekolad.  Podgrzewamy na wolnym ogniu i cały czas mieszając doprowadzamy do całkowitego rozpuszczenia czekolady. Dolewamy spirytus i już możemy smarować naszego piszingera.

W naszej rodzinie ani mali, ani duzi nie są w stanie się tym waflom oprzeć…Niebiański smak, dla mnie również smak mojego dzieciństwa.

SMACZNEGO !

CUDNY, KOLOROWY MAJ W OGRODZIE

Słoneczne popołudnia, które jak zwykle o tej porze roku pomagają mi troszkę „pchnąć” prace ogrodowe do przodu … minęły. Od kilku dni leje non stop. Było tak bardzo sucho, że nie śmiem narzekać.
Obserwowałam owady i ptaki w ogrodzie, które przylatywały rankiem spijać krople rosy z liści rozchodników. Zaczęłam wynosić im wodę na podstawkach.
Zimni ogrodnicy w wielu częściach Polski dali się z poznać ze swej najgorszej strony. Zmrozili i uszkodzili wiele magnolii, bylin i krzewów.
Oj tak ! W tym roku nie mieli litości. Zośka na plusie, ale też dość chłodna.
7 stopni w ciągu dnia, to przecież żaden szał jak na połowę maja.
Jestem szczególnie zadowolona, że zdążyłam przed tą „deszczową porą” rozsypać nawozy na rabatach. Trawnik też dostał „porcję jedzonka”. Wszystkie cięcia po kwitnieniu zakończone.

I na czym teraz spędzam swoje ogrodowe chwile ?

Zgadliście ? BINGO ! Oczywiście, że na pieleniu.
Nie wiem ile już taczek chwastów „naprodukowałam”.
Jak co roku o tej porze będę się powtarzała: najbardziej martwią mnie podagrycznik, mniszek i skrzyp. Staram się ich pozbyć od lat.
Są bardzo, ale to bardzo uciążliwe. W niektórych miejscach odnotowałam spore sukcesy, a w niektórych wręcz odwrotnie… będę się nimi zajmowała w najbliższych tygodniach.
Teraz, kiedy większość roślin już przygotowana do sezonu, mogę się zająć pielęgnacją najtrudniejszych miejsc w ogrodzie.
Będę jeszcze musiała domówić sporo kory i może trochę ziemi.
Mam sporo jeżówek do przesadzenia. I białych i różowych.
I cieszy mnie to ogromnie.
Kora jak wszystkie „okrywacze rabat” ma swoje wady (zakwasza
i pomaga skrzypowi), ale ja lubię ją chyba najbardziej.
Wygląda naturalnie i robi swoją robotę. Potrzebuję tej korowej kołderki, bo bez niej nie miałabym kwiatowych rabat, tylko „chwastowe”.
A tymczasem w majowych ogrodach…
Coraz więcej kwiatów, coraz więcej zapachów…Kwitną jeszcze magnolie, popisują się rododendrony, kaliny koralowe i startują powoli czosnki ozdobne.
W tym roku również tamaryszki mają swój czas. Dawno nie widziałam tak zaróżowionych ogrodów. To chyba ich rok !
A młode, kolorowe liście wszelkich innych krzewów dodają każdemu ogrodowi wiosennego uroku.
Ta świeżutka zieleń kalin jest oszałamiająca:

 

Jak zwykle, po „zimnej Zośce” rozpocznę nowe nasadzenia donic.

Bratki i stokrotki ustąpią miejsca pelargoniom i surfiniom.

Od lat, niezmiennie uwielbiam majowe „ogrodowanie”.
W temperaturze około 10- 15-20 stopni, oddychając przyjemnym
i rześkim powietrzem.
To mój najlepszy czas do pracy w ogrodzie.
W towarzystwie tak pięknie rozśpiewanych ptaków nie można czuć się lepiej.
To jak najwspanialsza terapia i dla duszy i dla ciała.
Kiedy wracam do domu po paru godzinach pracy w ogrodzie
nawet na twarzy widzę różnicę.Gładsza skóra, fajne rumieńce.
Darmowa dawka zdrowia i relaksu. Nawet jeśli stawy i mięśnie czasowo „zajechane”. Nic nie szkodzi. Szczęście przepełnia mnie do granic. Też tak macie ?
A jeśli nie macie swoich ogrodów, to zapewniam, kilka donic i skrzynek z kwiatami na balkonie czy tarasie spełnia tę samą rolę w radowaniu oczu i duszy. Ich pielęgnacja i wielomiesięczne, nieprzerwane kwitnienie może „umaić” każdy,
nawet najbardziej pochmurny dzień.
!!! I DLA WAS MIŁEGO MAJOWEGO OGRODOWANIA !!!

 

PIĘKNO ZIMOWEGO OGRODU – JAK JE OSIĄGNĄĆ ?

Nie mamy wpływu na zmienność pór roku w ogrodzie,
ale to co możemy zrobić, to się do nich dobrze przygotować.
Dziś nie mam na myśli tylko pielenia, nawożenia, nawadniania.
Dziś, chodząc po dojrzałym ogrodzie wiem,
jak istotne są prawidłowe nasadzenia.
Jak ważny jest dobór roślin do poszczególnych stanowisk w ogrodzie.
 I nie dowiedziałam się o tym, dopóki wielu z nich nie straciłam,
bo myśląc o najlepszym stanowisku i pięknej kompozycji,
nie uwzględniłam choćby bardzo zimnych zimowych wiatrów,
które przez kilka sezonów stawiły mi prawie doszczętnie
moją ukochaną różankę.
Dopieszczoną do granic możliwości, stworzoną w pozornie dobrym miejscu w ogrodzie.
Właśnie, pozornie dobrym …
Suche mroźne wiatry nie popuściły nawet najtrwalszym odmianom.
Przeniosłam różankę w bardziej zaciszne miejsce i poskutkowało.
W dotychczasowym miejscu stworzyłam piękną rabatę bylinową.
Skomponowana ze sprawdzonych „twardzieli” zdobi ogród nie tylko wiosną, latem i jesienią.
Zdobi ogród również zimą.
Piętrowy układ nasadzeń pozwala doceniać piękno każdej rośliny pojedynczo, jak i całej kompozycji rabaty.
Ten układ jest dla mnie z wizualnego punktu widzenia tak interesujący, ze powtarzam go na wielu rabatach.
Wprowadza ład, porządek i prawidłową perspektywę nasadzeń.
Zimą, ciekawie obsadzone rabaty, zmrożone, pokryte szronem lub śnieżną kołderką wspaniale eksponują swoją urodę:
Kluczem do piękna zimowego ogrodu jest również pozostawianie
rabat na zimę z zasuszonymi gałązkami, listkami i kwiatostanami.
Nigdy nie sprzątam ogrodu jesienią.
 To moja zasada.
A istotnych powodów tej decyzji jest wiele.
Pod śnieżną kołderką, pod suchymi liśćmi, w łodyżkach zimują nasi najmniejsi skrzydlaci przyjaciele.
Wielokrotnie znalazłam tam biedroneczki i przeróżne larwy.
W ponure zimowe dni, suche kwiatostany bylin i traw ozdobnych  wyglądają szczególnie pięknie.
W zasuszonych kwiatostanach często pozostają drobne nasiona,
które z kolei sprawiają, że ogród jest regularnie odwiedzany
przez naszych „braci mniejszych”.
Przylatują  posilić się również pozostawionymi owocami kalin koralowych, berberysów i róż pomarszczonych.
I to one, moje ulubione „czerwone piękności”
przyprawiają mnie o szybsze bicie serca. Również zimą.
Są przepiękne. Ich czerwone owoce, pozostające przez wiele długich zimowych tygodni, wiszące na majestatycznych ciemnych gałązkach stanowią piękny kontrast z bielą, śnieżnych, czy mroźnych dni.
Teraz, kiedy planujecie swoje ogrodowe prace na nadchodzący sezon,
kiedy rozmyślacie o nowych aranżacjach i rabatach w ogrodzie,
nie zapomnijcie przypadkiem o trawach ozdobnych.
Miskanty, rozplenice, ostnice, kostrzewy, turzyce, carexy
i wiele innych odwdzięczą się swą urodą każdego sezonu.
Hortensje bukietowe nigdy Was nie zawiodą.
Piękne i trwałe byliny, będą zdobiły ogród
kolorowymi kwiatami latem i jesienią,
a zimą wspaniale się zasuszą.
Sadźcie jeżówki, rudbekie, słoneczniczki, rozchodniki, astry,
dzielżany i wszystkie inne byliny, które lubicie.
Będą wdzięczną ozdobą Waszych ogrodów przez cały rok:
   

MINCE PIE – KARNAWAŁOWY ZAWRÓT GŁOWY

Czy macie ochotę na coś wyjątkowego ?

A mieliście kiedyś okazję skosztować choć jednej z wersji 
angielskich babeczek skrywających pod swym „daszkiem”
fantastyczną petardę smaku ?
Angielskie gospodynie pieką je głównie w okresie Świąt,
ja ze względu na „alkoholowa nutę”, 
podaję je gościom w karnawale. 
Dla mnie, ta malutka słodka przekąska to obłędna słodycz,
stanowiąca kwintesencję koktajlowo-karnawałowych „delicji”.
Jej przygotowanie wymaga małego kulinarnego zaangażowania,
ale miny osób, które będą miały szansę skosztować tej pyszności,
będą dla Was największa nagrodą.
Potrzebujemy specjalnej blaszki/foremki do pieczenia mince pie.
Zwykle są one na 12 ciasteczek. Ja mam takie 2 sztuki. 
Przydadzą nam się również foremki do wycinania z ciasta kółek i gwiazdek:
 
 Całą przygodę rozpoczynamy od przygotowania nadzienia, które starczy Wam z pewnością na kilka pieczeń. W chłodzie można je przechowywać kilka tygodni. 


  
NADZIENIE DO MINCE PIE:
– 200 g suszonych moreli
– 200 g rodzynek sułtanek
– 200 g suszonej żurawiny
– 100 g mieszanki kandyzowanych skórek cytryny i pomarańczy
– 150 g masła
– 50 g migdałów posiekanych w słupki
– 225 g cukru 
– 2 łyżki miodu
– 2 łyżki soku pomarańczowego
– 1 łyżeczka przyprawy korzennej
– 100 ml brandy, 100 ml porto, 50 ml śliwowicy.

Wszystkie składniki oprócz alkoholi wkładamy do garnka.
Delikatnie ogrzewamy, pozwalając masłu się stopić.
Delikatnie mieszając podgrzewamy całość około 15 minut.
Kiedy nadzienie całkowicie ostygnie dodajemy alkohole.
Mieszamy dokładnie i odstawiamy.
Zabieramy się za ciasto.

  
SKŁADNIKI NA KRUCHE CIASTO:
– 175 g mąki
– 75 g schłodzonego masła
– 25 g cukru pudru + troszkę do posypania gotowych mince pie
– 1 całe jajo

DO POSMAROWANIA CIASTA PRZED PIECZENIEM:
– 1 łyżka mleka
– 1 żółtko jajka 

– masa marcepanowa 100 g


Do miski wsypujemy całą mąkę i ucieramy z pokrojonym w kosteczkę masłem. Kolejno dodajemy cukier puder i całe jajo i ucieramy. Gotowe ciasto wkładamy do lodówki na co najmniej 30 minut. 
Uwaga: Jeśli macie miejsce w lodówce, można je od razu podzielić na 2 części i rozwałkować każdy kawałek pomiędzy dwoma arkuszami papieru do pieczenia. Będzie się wtedy łatwo wycinało. 

Jeśli ciasta  nie rozwałkowaliśmy wcześniej, robimy to teraz.
Staramy się to zrobić bardzo cienko.
Wycinamy kółka i gwiazdki, które będą rozmiarem odpowiadały naszej foremce. Ciasto po wyłożeniu  w foremce nakłuwamy widelcem.

Nakładamy nadzienie i przykrywamy wyciętą z ciasta gwiazdką. 
Smarujemy wierzch każdego ciasteczka roztrzepanym w mleku żółtkiem.
Ja robię to sylikonowym pędzelkiem FISKARS



Część ciasteczek zamiast gwiazdką z ciasta, przykrywam startą na tarce masą marcepanową, która również znakomicie komponuje się z nadzieniem:
 Mince pie pieczemy w 180 stopniach około 15 minut. 
Gotowe ciasteczka po wyjęciu z foremki posypujemy cukrem pudrem.
 !!! GOTOWE !!!
 
MY HOME MADE TASTY LIVING

WYPIEKI OD SERCA. ŚWIATECZNE CIASTECZKA INACZEJ.

Kolejny rok już prawie przemknął ! Dokąd się tak spieszył ? Nie do wiary jak mi się rozpędziły tygodnie i miesiące. Czy Wy też za nimi nie nadążacie ? Na szczęście nie mam czasu na rozpamiętywanie.  Z początkiem roku wygospodaruję go trochę na planowanie. To był bardzo trudny rok. Postawił mi ogromne wyzwania, a ja z całych sił starałam się im sprostać. Na szczęście byłam grzeczna i z początkiem miesiąca Mikołaj przyniósł mi pierwsze prezenty.
 
 
Z jego worka wysypały się też cudowne, energetyczne akcesoria kuchenne, z których zawsze z radością korzystam.  
 
 
Teraz wszystkie wolne wieczory spędzam w kuchni Świętego Mikołaja, skąd wydobywa się najcudowniejszy zapach wanilii i cynamonu.  Bo głównie piekę słodkości. Poczyniłam już sernik, piernik i ciasteczka. O tak !!! Setki ciasteczek.
Znacie je doskonale, więc w tym roku pokażę tylko te inne. Takie wyjątkowe, takie moje, takie od serca… Bo właśnie serduszka wykrawa mi się najchętniej:
 
 
A mój spersonalizowany wałeczek dodaje ciasteczkom wyjątkowości. Jestem nimi niezwykle uradowana.
Tak bardzo mi się podobają:
 
 
Dla tych, którzy w minionych latach nie piekli ze mną ciasteczek, przypominam przepis:

SKŁADNIKI:
– 1 kg mąki
– 2 kostki masła (każda po 200 g)
– 2 szklanki cukru
– 1 cukier waniliowy
– 2 całe jaja
– 2 żółtka
– 2 łyżeczki proszku do pieczenia
– 1 łyżka stołowa kwaśnej śmietany

Do miski wsypujemy całą mąkę, proszek do pieczenia, cukier, cukier waniliowy
i pokrojone w kostkę masło. Kolejno dodajemy jaja i żółtka, na końcu śmietanę. Całość zagniatamy do momentu uzyskania jednolitej masy.  Dalej, według własnych upodobań i możliwości wykrawamy ciasteczka. Ja w tym roku, zdobiłam je właśnie wałeczkami z wzorami. Gotowe, układamy je na blasze pokrytej papierem do pieczenia. Pieczemy w temperaturze 200 stopni, około 10 min. Wyjmujemy, kiedy lekko się „zarumienią”. Do „pierwszej gwiazdki” jeszcze kilka dni. Niech to będą dobre dni. 

 

Jeśli planujecie wypełnić je pracą i przygotowaniami, to życzę Wam wyłącznie wspaniałych pomysłów !!!

SŁODKIE CZY KWAŚNE ? NIE WAŻNE. MOJE UKOCHANE CZERWONE KULKI.

Czy są wśród Was entuzjaści „kwaskowatych” owoców ?
Dziś będzie właśnie o nich.
W temacie „kwasiaków”, zawsze latem pojawiają się w mojej kuchni wiśnie
oraz czarne i czerwone porzeczki.
I o tych ostatnich chciałabym dziś więcej, i więcej, i więcej, a najlepiej zawsze.
Muszę, bo się uduszę … muszę „ratować przed zapomnieniem” 
te cudownie czerwone kuleczki…

Wiśnie i czarne porzeczki z pewnością sobie poradzą.
Mamy masę powodów aby je hodować i masę przepisów, żeby je kupować.
A co z porzeczkami ?
Czy tylko ja mam wrażenie, ze pokolenie babć i mam jeszcze je sadzi i hoduje,
a większość młodzieży i mniejszych dzieci albo nie wie jak to małe czerwone smakuje, albo nigdy w sklepie nie widziało ?
Ja czerwone porzeczki uwielbiam, hoduję, a jak brakuje … to kupuję.
Bo potrzebuję się najeść na świeżo, bo potrzebuję do lodów, galaretek, ciasta czekoladowego i koniecznie, wręcz niezbędnie … do KULTOWEGO CIASTA PORZECZKOWEGO. 
Nie ma u mnie lata bez ciasta porzeczkowego.
Ono jest jak skarpetki w kaloszach … no przecież muszą być !!!
(nie ma to jak dobre ogrodowe żarciki, oczywiście wprost z rabatki z czerwonymi porzeczkami) 

SKŁADNIKI NA KRUCHE CIASTO:

– 3 szklanki mąki krupczatki
– 3 żółtka + 1 całe jajko
– masło (200 g)
– 5 łyżek cukru pudru
– 3 łyżki kwaśnej śmietany
– 1 łyżeczka octu
– 1 łyżeczka proszku do pieczenia
– cukier waniliowy 

SKŁADNIKI NA KREM 

– masło (200g)
– 1 żółtko + 1 całe jajko 
– 6 łyżek cukru pudru
– cukier waniliowy

DODATKI:

– świeże owoce czerownej porzeczki
– galaretka truskawkowa 

Mąkę przesianą z proszkiem do pieczenia ucieramy z masłem, żółtkami, jajem, cukrem pudrem
i cukrem waniliowym. Kolejno dodajemy kwaśną śmietaną i ocet.
Po dokładnym wyrobieniu ciasto będzie lekko kleiste i wilgotne. Rozprowadzam je na blaszce  pokrytej papierem do pieczenia, dłońmi zwilżonymi wodą. Dzięki temu ciasto łatwiej się rozprowadza.
Piekę zawsze w głębszej blaszce z piekarnika, w 180 stopniach około 30-35 minut.
Kolejno studzę ciasto, bo to konieczne. 
W międzyczasie przygotowuję krem, ucierając cierpliwie wszystkie jego składniki na gładką, lekko kremową masę. Rozprowadzam ją na ostudzone już ciasto i wstawiam blachę razem z ciastem
i masą do lodówki na co najmniej godzinę.
Czas na przygotowanie i studzenie galaretki.
Lekko tężejącą, zalewamy ułożone na kremie w jednej warstwie porzeczki.
Ponownie całość wstawimy na kolejną godzinę do lodówki.

Czas już teraz zacząć ucztę!
Five o’clock, popołudniowa herbatka, czy wszelkie inne Wasze kawowe rytuały mogą od dziś nabrać innego, słodko-kwaśnego wymiaru.
A wszystko to, dzięki cudownemu porzeczkowemu ciastu.
Słodki krem i orzeźwiająca galaretka cudownie równoważą lekką kwasowość porzeczek.

Całość chłodna, lekka i mega wciągająca. To ciasto jest wyjątkowe!
Napiszcie, czy i Wy zakochaliście się w tym smaku.

Czekam na Wasze komentarze! 

CZEKOLADOWA CHOINKA

To fakt. Uwielbiam ciasto francuskie.
Kiedy tylko mam możliwość schrupania ciepłego croissanta,
zrobię to bez zawahania.
A wiecie, ze croissanty świetnie się mrożą ?
Jeśli tylko lubicie ten cudowny, francuski smak,
można go sobie przywoływać każdego ranka.
Podgrzane w mikrofali lub w nad tosterem ciepłe rogaliki,
zawsze będą smakować jak świeżo upieczone.
Pod tym względem są niezawodne.
Przywołują moje wspomnienia z czasu,
kiedy mieszkałam w Hiszpani.
Tak, Hiszpanie, podobnie jak Francuzi,
też uwielbiają słodkie śniadania. 

Sięgam czasem po mrożone ciasto francuskie,
kiedy mam ochotę na wytrawne paczuszki ze szpinakiem i fetą.
Sięgam do zamrażarki po ciasto francuskie również przed Świętami.
Prosty pomysł na popularną czekoladową choinkę
i u mnie w domu spotkał się z ogromnym zainteresowaniem.

Dla przypomnienia, przepis jest banalnie prosty.
O znakomitym smaku ciasta głównie stanowi
doskonała jakość ciasta francuskiego.
I o to zadbajcie.
Wiele znanych cukierni sprzedaje mrożone ciasto francuskie.
Ja właśnie tam je kupuję.    

SKŁADNIKI:

– 2 arkusze ciasta francuskiego (około 40 x 30 cm) 
– krem czekoladowy (u nas Wedel Gorzka Czekolada)
– żółtko jaja roztrzepane z odrobiną mleka do posmarowania wierzchu choinki
– cukier puder do posypania upieczonego ciasta 

WYKONANIE:

Oba arkusze ciasta wytnij w kształcie choinki.

Rozsmaruj krem czekoladowy na jednym arkuszu ciasta.
Kolejno przykryj go dokładnie drugim arkuszem.
Co 1,5 cm natnij nożem szczeliny po obu stronach choinki, pozostawiając środek nieprzecięty.

 Efekt końcowy powinien wyglądać tak:

Przekręć wszystkie paski w tym samym kierunku dwukrotnie.

Z resztek ciasta zwykle wycinam gwiazdki, którymi zdobię choinkę, układając je na środku.
Na koniec smaruję wierzch choinki żółtkiem roztrzepanym z odrobiną mleka. 
Dzięki temu, ciasto po upieczeniu nabierze 
pięknego, złotego koloru:
W rozgrzanym do 220 stopni piekarniku pieczemy choinkę
około 20 minut.
Wierzch ciepłego jeszcze ciasta zwykle posypuję cukrem pudrem.

GOTOWE !!! 

Na początku kroimy choinkę na stole,
ciesząc się jej świątecznym wyglądem. 

Potem, każdy z nas wchodzi do kuchni ukradkiem
i urywa sobie jeszcze kawałek, lub dwa ….
… i jeszcze raz i jeszcze dwa….
SMACZNEGO, FRANCUSKIEGO,
PACHNĄCEGO, CZEKOLADOWEGO 

 

CZEKOLADOWA KOSTKA BRUKOWA

 Wiele lat temu, taką „kostkę brukową” podano mi do kawy
w londyńskiej kafejce. 

Kiedyś indziej czekała na mnie na stole
w domu moich brytyjskich przyjaciół.
Powiedzieli mi, że to jeden z przysmaków Nigelli Lawson.
Rozsmakowaliśmy się i my w tej czekoladowej impresji.
To fajna wariacja na temat gorzkiej czekolady,
która z pewnością przyda się nie tylko na świątecznym stole.
Robię ją wtedy, kiedy mamy ochotę na
100 % czekolady w czekoladzie 🙂
Sami spróbujcie:

SKŁADNIKI: 

– 200 g miękkiego masła

– 500 g gorzkiej czekolady
– 150 g pianek Marshmallow
– 3 czubate łyżki naturalnego miodu
– ok. 200 g herbatników typu „Petit beurre”
– cukier puder do posypania

WYKONANIE:


W garnku, podgrzewając mieszamy masło z czekoladą i miodem.
Kiedy się rozpuszczą, odlewamy około 150 ml do kubka i odstawiamy na bok.
Ta masa przyda się nam na końcu do zalania powierzchni deseru.
Pozostałą część masy również odstawiamy na chwilę do ostygnięcia.
W tym czasie herbatniki przekładamy do grubego woreczka foliowego. 
Najlepiej sprawdzają się woreczki do mrożenia żywności.
Są grube i mają zamknięcie.
Teraz herbatniki roztłukujemy na drobne kawałki.
Pianki kroimy na drobniejsze kawałki.
Do rozdrobnienia ciastek używam tłuczka FISKARS.
  

Kiedy masa przestygnie, 

dodajemy do niej pokruszone herbatniki i pianki Marshmallow.
Masę przekładamy do foremki o wymiarach ok. 24 cm 
wyłożonej papierem do pieczenia.
Masę dociskamy lekko do foremki, dzięki czemu,
po schłodzeniu i pokrojeniu, nasza „kostka brukowa” 
nie będzie miała żadnych szczelin.
Wkładamy deser na kilka godzina do lodówki.
Polecam włożyć na całą noc.

Na drugi dzień możecie już kroić czekoladę 
w dowolnych rozmiarów kostki 
i delektować się nimi popijając filiżanką kawy lub herbaty.
Nasza zimowa wersja tej czekolady
jest zawsze oprószona śniegiem z cukru pudru.

SMACZNEGO CZEKOLADOWEGO !!! 

ZANIM ZIEMIA ZAMARZNIE W OGRODZIE

Zanim ziemia zamarznie w ogrodzie … to co ? To … można działać !!!
Co prawda w porównaniu z zeszłym rokiem jestem o jakiś miesiąc do przodu,
ale sadzenie cebul w ostatnich dniach listopada do szybkich, jesiennych działań nie należy. Musicie to przyznać.
Nie jestem fanką wsadzania tulipanów i krokusów na rabaty już we wrześniu,  do czego nakłania nas większość dostępnych źródeł ogrodniczych. Nie przepadam ze przyglądaniem się kiełkującym cebulom,
w końcówce ciepłego i słonecznego października.A zadawanie sobie pytań: co teraz ? zmarzną, ale przeżyją ? ale czy jeszcze raz wykiełkują ? nie należy do ogrodowych przyjemności. Prawda ? Prawda.
Dlatego już drugi rok z kolei sadzę cebulowe niemal na ostatni dzwonek.
Fakt, w zeszłym roku, przegapiłam wszystkie możliwe dzwonki,
sadząc krokusy w ostatnich dnia grudnia.
 Ale się udało, i to nawet przepięknie się udało.
Krokusy kwitły bez zastrzeżeń z lekkim tylko opóźnieniem,
co też miało i dobre strony, bo zdobiły moje wiosenne rabaty,
kiedy inne krokusy już usychały.
W tym roku życie samo napisało „cebulowy scenariusz”,
bo nie dane mi było pojawić się w żadnym centrum ogrodniczym wcześniej niż w listopadzie.
W trzech odwiedzonych punktach dowiedziałam się,
że cebul nie ma i już nie będzie.
Pozostały zakupy internetowe, co niniejszym uczyniłam.
Zamówiłam troszkę narcyzów, krokusów, czosnków
i tulipany w 3 kolorach: białym, czarnym i fioletowym.
 Cebule tulipanów pomieszałam i mam nadzieję na piękną,
wiosenną, trójkolorową kompozycję.
Kolejny raz sadziłam zanim ziemia zamarzła w ogrodzie.
Bo właśnie taką mam zasadę, że przy ciepłej i łagodnej jesiennej pogodzie nie wyznaczam sobie sztucznych zakończeń sezonu.
Dopóty sadzę w ogrodzie, dopóki szpadel da się wbić !
Upatrzone miejsca wypieliłam.
Ciężką gliniasta ziemię przekopałam z próchnicą …
  
… i wcisnęłam w ziemię cebulki.
Ciągłe deszcze i topiące się śniegi nawilżą glebę dostatnio.
Nie podlewałam ich dodatkowo. Teraz pozostaje mi czekać i podobnie jak w zeszłym roku podzielić się  z Wami wiosną, moimi „kolorowymi, kwiatowymi sukcesami”.
„Kto jesienią popracuje, ten na wiosnę się raduje!”

Pamiętajcie, aby sadzić cebulowe tak, aby były dobrze widoczne przez okna.
To będą nasze „najpierwsze kwiaty”, często przebijające się przez kołderkę śniegu.

Nie będziemy jeszcze wokół nich spacerować,
a przez okno można na nie spoglądać w każdej wolnej chwili.
Ja mam ich najwięcej na brzegach rabat,
w przedogródku i przy ścieżkach.

Jeśli macie obawy jak poradzicie sobie wiosną
z usychającymi liśćmi cebulowych
mam dla Was dedykowany  post w tej sprawie.
Zajrzyjcie tu:PLECIEMY WARKOCZE

« Starsze wpisy